Na tym blogu zawszę będę krytykować takie imprezy. Dopóki nie będzie to lepiej funkcjonowało to naprawdę nie przestanę.

Jesień Leniwców

Brzmi fajnie, prawda? No to idziesz na Mały Rynek. A tam taaakie rozczarowanie.

Brzydko, brzydziej i śmierdzi

Najpierw tylko patrzę z daleka. Zresztą i tak nic nie widać. Dym jakiś leci. Pali się? Podchodzę bliżej. Stoją namioty. Zupełnie takie same, jak te, w których na wiejskich targach sprzedaje się skarpetki i rajtuzy. Na ziemi leżą płachty folii, bo przecież pogoda jest niepewna i na deszcz trzeba być przygotowanym. Wszędzie dym i smród spalonego tłuszczu. Krakowianie przepychają się między namiotami:

Czesia, #omnomnom, może chcesz kawałek #omnomnom szaszłyczka?

 

Idea tak, praktyka nie

Dopiero później podchodzę bliżej i dokładniej przyglądam się stoiskom. Rzeczywiście jest kilka ciekawych wystawców, ale trudno się do nich dopchać.  Tłum napiera. Z głośników wyje muzyka.

Nie krytykuję samej idei takiej imprezy, bo jest fajna. Niestety w praktyce na Małym Rynku zagościło prymitywne targowisko. Ogromna strata dla wartościowych wystawców, którzy w tym swądzie spalonej kiełbasy po prostu zniknęli.